234. rocznic czas

niedziela, 13.maja.2012, 15:54
Tak na szybko: maluch we wtorek ważył 2783 g, co dokładnie podali mi na badaniach w szpitalu. Spędziłam tam na szczęście tylko jeden dzień, woląc dmuchać na zimne - okazało się jednak, że moje ciśnienie i tętno małego to były tylko chwilowe skoki.

Łóżeczko już stoi, pościel wyprana i wyprasowana, wózek zaparkowany w pokoju już od dłuższego czasu. Inwentaryzacja ubranek pokazała dość satysfakcjonujące liczby, więc zostaje kupić rzeczy niezbędne do szpitala + wanienka i pampersy i będzie dobrze.

Pracy nadal dużo, gorzej niestety z inwencją twórczą.
Ostatnie twory to identyfikatory na Windows 8 Community Launch, zrobione dla Oskara.



Plus tutaj strona z której jestem mocno dumna: dwzosia.pl.

Wczoraj minął rok od Berlina, od koncertu Innerpartysystem... Mocno to pamiętam, uczciłam to wpisem na Twitterze, który spotkał się z reakcją ze strony Jareda (@Yzoja hey hey! How are you?). Miłe...

Za tydzień będzie rok od Blipiwa gdzie poznałam Krzysia i masa innych rocznic naszych, większych i mniejszych...
Magister wszystkiego co złe
Nastrój:

233. już tak blisko!

poniedzialek, 23.kwietnia.2012, 06:51
Mało ostatnio piszę, ale to chyba wybaczalne, biorąc pod uwagę, że jeszcze tylko jakieś pięć tygodni, zanim w naszym świecie pojawi się Amonek.
Ostatnie jego wymiary sprzed świąt to 1620g i wymiary jak na tydzień/dwa większe. Serduszko sprawne, w normie wszystkie badane na tym trzecim prenatalnym parametry, widzieliśmy z Krzysiem praktycznie całego naszego szkraba, a jedną z pierwszych rzeczy, którą udało się odnaleźć doktorowi były jądra - tak, nabraliśmy kolejnych 100% że to chłopczyk. Pokazywał nam jak się rusza, jak pracuje mu serce, gdzie idzie pępowina, a która część ekranu przedstawia główkę, brzuszek czy kręgosłup - naprawdę niezapomniane przeżycie takie USG wspólne.

Co poza tym? Trochę pracy, do której już się nie umiem dobrze zmobilizować, trochę jakichś zdrowotnych problemów, na szczęście dotyczących tylko mnie, trochę zakupów już dla małego (z najpilniejszych została już tylko wanienka i pampersy - mamy wózek, za niedługo będzie też łóżeczko).
Od przyszłego tygodnia Krzysiek ma wolne - 10 dni! Jak miło. 8 maja muszę być w Skarżysku, żeby się odhaczyć, ale nie mam jeszcze pojęcia, czy pojadę sama, czy pojedziemy razem - jak pojadę sama to nie będzie mnie niewiele więcej ponad 48h i wiadomo, że nie wydamy fortuny na wyjazd tym wielkim Potworem (wspominałam chyba, że Krzyś niedługo po tym jak się poznaliśmy kupił sobie Jeepa Grand Cherokee, V8 z silnikiem 5,2l?).

Męczyła mnie ostatnio gorączka, już na szczęście przeszła. Nie jest taki słaby ten mój organizm i pozytywnie mnie zaskakuje. Przez całą ciążę nie złapałam żadnego przeziębienia, a i Ż mi chorowała jak byłyśmy w domu na Święta i Krzysiek był czasami mocno niewyraźny, wybierając sobie jednak jedynie okresy, gdy nie mógł wziąć wolnego (z powodu zapieprzu w pracy) bądź święta czy inne czasy, gdy zdążył wyleżeć przeziębienie w ciągu weekendu.

Dobrze będzie spędzić trochę więcej czasu razem...

Tak, chyba sobie zrobię dzisiaj nowy szablon, ten jest ciemny i jest fuj. 
Opuszczam się w pisaniu bloga, może więc nowy szablon mnie znów zainspiruje choć na moment?

Swoją drogą - brzydki Krzyś ma tag tutaj (ks), powstał on jak się tylko poznaliśmy i nie chcąc być inwazyjną napisałam tylko inicjały, a nie 'Mruczek', jak to go miałam zapisanego w telefonie praktycznie od samego początku.


__
Już tak niewiele zostało. Wczoraj głaszcząc się po brzuchu wyobrażałam sobie trzymanie już małego na rękach. Trochę nie do końca wiem jeszcze jak to będzie to wszystko, ciąża tylko minimalnie póki co zmieniła moje życie, ale wiem, że wpływ małego na całą 'harmonię' każdego kolejnego dnia będzie znacznie bardziej inwazyjny. Cieszę się z tego, że będzie, naprawdę. Stresuję się trochę tym, czy sobie poradzę jako mama, ale też wiem, że bardzo mocno będę się starać.

Kiven - release
Five Finger Death Punch - bad company
Magister wszystkiego co złe
Nastrój:
Dobrze, wiem, że powinnam to napisać jutro, ale nie wiem jak jutro będzie wyglądał mój czas wolny - dziś można nawet powiedzieć, że odpoczywam, robię rekreacyjnie jeden szablon na Blogspot, ale poza tym jest cisza i spokój, względny bo względny, ale jest.

Mały Amonek się coraz bardziej trzaska w moim brzuchu, rączkami i nogami, rozstępy sięgają drugie tyle ponad pępek, choć przytyłam niewiele więcej niż 10kg przez te 6,5 miesiąca.

Czas tak szybko leci...
Jeszcze dwa miesiące i będzie rok odkąd jestem z Krzyśkiem, gdzieś w tym samym czasie urodzi się też Amonek...



  • Kwiecień, tak, na Prima Aprilis był wyjazd do Zakopanego, trochę wspomnień, dużo ładnych widoków i cały weekend spędzony z Żydzinką, częściowo na Śląsku, częściowo właśnie w górach, wtedy też coś we mnie pękło w kwestii przyjaźni z Kocurkiem...

  • Maj, ach maj! Najpiękniejszy miesiąc mojego życia - w połowie miesiąca Innerpartysystem, spotkanie z nimi, nocne zwiedzanie Berlina, w Poznaniu spotkanie z Gwiazdkiem tak na szybko... a tydzień później to fantastyczne blipiwo, gdzie Krzyś pokazywał mi swojego Kindla, gry na Desirce, która teraz leży obok mnie i pełni rolę mojego telefonu, pierwsze spacery, pierwsze pocałunki...

  • W czerwcu pierwszy raz usłyszałam 'kocham Cię' i mimo tego jak szybko do tego doszło, nie miałam wątpliwości, bo czułam to samo, w głowie miałam jeszcze sesję (w tym momencie już nie pamiętam jak to jest)... wtedy też zaczęliśmy pomieszkiwać razem...

  • W lipcu musiałam wyjechać do siebie, na trochę, by wrócić do Niego na prawie dwa tygodnie sam-na-sam... Cudowne i piękne dwa tygodnie jako kura domowa, z gotowaniem obiadów, wstawaniem o 5 by go wyszykować do pracy (czyli zrobić mu kanapki), wtedy też zaprzyjaźniliśmy się oboje z Battlefieldem, grywając online do późnych godzin nocnych.

  • Sierpień upłynął pod znakiem podróży PKP, ja byłam na Śląsku i mój Ślązak przyjechał do mnie na trochę, rozpadł się Innerpartysystem (jak oni mogli?!), a ja powoli zaczynałam czynną pracę, taką jak teraz, z rzadkimi momentami oddechu.

  • Wrzesień to końcówka sesji, dwa najtrudniejsze egzaminy, ciąg dalszy pracy, wyjazd do taty na początku miesiąca, brytyjsko umalowane włosy i jak się okazuje początek ciąży. Przeprowadziliśmy się też do Zabrza, do (jak nam się wydawało) miejsca ciszy i psychicznego spokoju... Ale trzeba przyznać, że pierwsze tygodnie, gdy byliśmy tam sami, były naprawdę miłe.

  • W październiku znów byłam u taty na początku miesiąca, dostałam buty Reeboka i jeszcze bardziej zakochałam się w mojej nowej (półrocznej już wtedy) siostrze Antosi. Mieszkaliśmy już oficjalnie z Krzyśkiem razem, mogąc na reszcie jeść to, na co faktycznie mieliśmy ochotę... pod koniec miesiąca, jak co roku, zjechałam do domu na urodziny Żydzinki (z Krzyśkiem oczywiście) i obwieściliśmy rodzince 'szczęśliwą' wiadomość, że będziemy mieli szkraba...

  • Dopiero w listopadzie, pod koniec, doczołgałam się do ginekologa na badanie, skąd pierwsze zdjęcie naszego Dzięciołaka, który najprawdopodobniej miał być chłopcem. Miał 6 centymetrów i ładnie bijące serduszko - a bałam się tak strasznie! Potrafiłam przeryczeć pół nocy z powodu jakiegoś irracjonalnego strachu, Krzysiek ledwo mnie znosił, ale był przy mnie oczywiście, bez większego marudzenia, każąc mi się po prostu ogarnąć i nie panikować.

  • Później przestałam być nastolatką, zaraz po nich były też Krzyśka urodziny (ja mam 01 a on 10), zauroczyłam się Misfitsami, zaplanowaliśmy też na 'raz po nowym roku' przeprowadzkę z powrotem do teściów - towarzystwo za ścianą działało nam na nerwy do tego stopnia, że praktycznie bałam się wychodzić z pokoju, żeby ten jeden palant na mnie nie krzyczał o niewiadomo co. Wygrałam też konkurs na 99design, a Krzyś połowę Świąt spędził u mnie.

  • W styczniu zaczęłam w końcu poważniej latać po lekarzach i wizyty miałam praktycznie w każdym tygodniu, czasem nawet musiałam pojawić się w przychodni częściej, bo trzeba oddać krew, bo cośtam innego jeszcze. Stresowałam się na darmo przez lekarza, który nie chciał mi za bardzo nic powiedzieć mówiąc 'dowie się pani na prenatalnych', które kosztują +200zł i suma sumarum - nie poszłam ich zrobić, po konsultacji z rodzicami stwierdziłam, że nie ma wielkiego sensu... I dobrze. Dzięciołak zaczął coraz mocniej dokuczać - wbijał się pod żebra tak, że nie mogłam siedzieć (to normalne dla ciąży ok. 33 tygodnia, a nie 22...).

  • Luty to miesiąc paranoi, dalszych wizyt u lekarzy, zahaczyłam nawet o kilkudniowy pobyt w szpitalu. Dowiedziałam się, że nasze dziecko waży już pół kilograma i rozwija się prawidłowo, że nadal mam słabe żelazo i hematokryt, a w moczu wciąż jest krew i białko. Trochę stresów, ale niedługo po wyjściu ze szpitala dowiedziałam się tych paru rzeczy, na których zależało mi najbardziej:
    Dzięciołak jest chłopcem, Amonkiem, waży prawie kilogram (przez dwa tygodnie przybrał pół kilograma prawie), jest bardzo duży - większy niż powinien być, o dwa tygodnie. Termin porodu maszyna wyznaczyła na Dzień Mamy - kiedy by to nie było w tamtej okolicy będzie cudownie. Nasza rocznica, Dzień Mamy, jeszcze urodziny teściów. Generalnie już tak nie dużo!
    Zaczął kopać, rączkami i nóżkami, choć tylko ja to czułam.

  • Marzec się jeszcze nie skończył, na kolejnej wizycie jeszcze nie byłam, Krzysiek już czuje jak się jego synek rusza. W szafie wisi już komplecik ubranek z dinozaurami (na 68cm, więc jeszcze trochę powisi) i upolowane w Smyku body rozmiar 56, biało-szare z różnymi zwierzątkami, nieinwazyjne, w ilości sztuk 5. I żeby było śmiesznie - to nie ja nalegam na kolejne dzięciołacze zakupy!


I to by było na tyle drodzy Państwo.
Czasu mam ostatnio mało - pełno pracy! Pełno.
Na szczęście jednak pieniądze są z tego bardzo konkretne.
Magister wszystkiego co złe
Nastrój: